Aktualności
„Beethoven jest jak Shakespeare" rozmowa z Paavo Järvim
wtorek, 2 marca 2010
Marcin Majchrowski (Polskie Radio): Czy pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z muzyką Beethovena?
Paavo Järvi: Nie mogę powiedzieć, kiedy dokładnie to było, ale na pewno w dzieciństwie. Wychowałem się w rodzinie dyrygenta [Neeme Järviego – red.], który często grywał w domu, zabierał mnie na próby. Sam zacząłem dyrygować symfoniami w Malmö – w moim pierwszym miejscu pracy. W tamtym okresie byłem pod wielkim wpływem tradycyjnych interpretacji takich dyrygentów, jak Bruno Walter.
Kiedy narodził się pomysł beethovenowskiego projektu z Deutsche Kammerphilharmonie Bremen? Pracowałem z Deutsche Kammerphilharmonie Bremen przez ponad 12 lat jako dyrygent gościnny. W programie naszego pierwszego koncertu znalazła się jedna z symfonii Beethovena. Przypadło mi do gustu ich brzmienie i wyczucie stylu. Już jako dyrektor muzyczny Deutsche Kammerphilharmonie Bremen kładłem duży nacisk na muzykę Beethovena. Stwierdziłem też, że jeśli miałbym nagrać komplet jego symfonii, to właśnie z tą orkiestrą.
Czy na pana wizje interpretacyjne miał wpływ nurt wykonawstwa muzyki na instrumentach historycznych?
Deutsche Kammerphilharmonie gra na współczesnych instrumentach, ale przyznaję, że ulegliśmy wpływom wykonań autentycznych i tego, co określa się angielskim mianem „HIPP – historically informed performance practice”. Cieszę się, że jesteśmy „historycznie podbudowani”, ale nie staramy się być częścią żadnego z obozów, wydzielanych ze względu na użycie instrumentów z epoki czy nie. Istnieje różnica między zrozumieniem dawnej praktyki wykonawczej, a ślepą wiarą w nią. Rzecz w tym, że jeśli stosuje się ją na ślepo – bez silnego wewnętrznego przekonania do muzyki – to takie wykonanie nigdy nie będzie brzmiało naturalnie.
Pańska wizja symfonii Beethovena wydaje się bardzo analityczna, pełna dopracowanych szczegółów i świetnych detali.
Chciałem po prostu jeszcze raz solidnie przestudiować partyturę i spojrzeć na nią świeżym okiem, na ile to możliwe w przypadku muzyki tak powszechnie znanej. Posłużyłem się nowym, „urtextowym” wydaniem Bärenreitera. Myślę, że udało mi się wydobyć dużo szczegółów, często wcześniej niedostrzeganych, które na przestrzeni dziejów zagubiły się z powodu rozrostu aparatu orkiestrowego lub odmiennego rozumienia tradycji.
Dlaczego publiczność ciągle częściej wybiera dzieła Brucknera, Beethovena albo Mahlera niż współczesnych kompozytorów?
Spójrzmy prawdzie w oczy – jest coś w symfoniach Beethovena, skoro ludzie cały czas chcą ich słuchać, wciąż na nowo. To jest kwestia wielkiego dzieła sztuki, niesłychanie istotnego dla kultury Zachodu. Z tego samego powodu ciągle powraca się do sztuk Shakespeara – w pewnym sensie są to dzieła nowoczesne, bardzo nam bliskie.
Rozmawiał Marcin Majchrowski (Polskie Radio), Beethoven Magazine, nr 5
Paavo Järvi: Nie mogę powiedzieć, kiedy dokładnie to było, ale na pewno w dzieciństwie. Wychowałem się w rodzinie dyrygenta [Neeme Järviego – red.], który często grywał w domu, zabierał mnie na próby. Sam zacząłem dyrygować symfoniami w Malmö – w moim pierwszym miejscu pracy. W tamtym okresie byłem pod wielkim wpływem tradycyjnych interpretacji takich dyrygentów, jak Bruno Walter.
Kiedy narodził się pomysł beethovenowskiego projektu z Deutsche Kammerphilharmonie Bremen? Pracowałem z Deutsche Kammerphilharmonie Bremen przez ponad 12 lat jako dyrygent gościnny. W programie naszego pierwszego koncertu znalazła się jedna z symfonii Beethovena. Przypadło mi do gustu ich brzmienie i wyczucie stylu. Już jako dyrektor muzyczny Deutsche Kammerphilharmonie Bremen kładłem duży nacisk na muzykę Beethovena. Stwierdziłem też, że jeśli miałbym nagrać komplet jego symfonii, to właśnie z tą orkiestrą.
Czy na pana wizje interpretacyjne miał wpływ nurt wykonawstwa muzyki na instrumentach historycznych?
Deutsche Kammerphilharmonie gra na współczesnych instrumentach, ale przyznaję, że ulegliśmy wpływom wykonań autentycznych i tego, co określa się angielskim mianem „HIPP – historically informed performance practice”. Cieszę się, że jesteśmy „historycznie podbudowani”, ale nie staramy się być częścią żadnego z obozów, wydzielanych ze względu na użycie instrumentów z epoki czy nie. Istnieje różnica między zrozumieniem dawnej praktyki wykonawczej, a ślepą wiarą w nią. Rzecz w tym, że jeśli stosuje się ją na ślepo – bez silnego wewnętrznego przekonania do muzyki – to takie wykonanie nigdy nie będzie brzmiało naturalnie.
Pańska wizja symfonii Beethovena wydaje się bardzo analityczna, pełna dopracowanych szczegółów i świetnych detali.
Chciałem po prostu jeszcze raz solidnie przestudiować partyturę i spojrzeć na nią świeżym okiem, na ile to możliwe w przypadku muzyki tak powszechnie znanej. Posłużyłem się nowym, „urtextowym” wydaniem Bärenreitera. Myślę, że udało mi się wydobyć dużo szczegółów, często wcześniej niedostrzeganych, które na przestrzeni dziejów zagubiły się z powodu rozrostu aparatu orkiestrowego lub odmiennego rozumienia tradycji.
Dlaczego publiczność ciągle częściej wybiera dzieła Brucknera, Beethovena albo Mahlera niż współczesnych kompozytorów?
Spójrzmy prawdzie w oczy – jest coś w symfoniach Beethovena, skoro ludzie cały czas chcą ich słuchać, wciąż na nowo. To jest kwestia wielkiego dzieła sztuki, niesłychanie istotnego dla kultury Zachodu. Z tego samego powodu ciągle powraca się do sztuk Shakespeara – w pewnym sensie są to dzieła nowoczesne, bardzo nam bliskie.
Rozmawiał Marcin Majchrowski (Polskie Radio), Beethoven Magazine, nr 5
Zobacz także: