Beethoven Ludwig van - Missa solemnis D-dur op. 123

Ludwig van Beethoven (1770-1827)
Missa solemnis D-dur op. 123

Jedno z dzieł późnych, wraz z ostatnimi sonatami, ostatnimi kwartetami i Dziewiątą Symfonią współtworzące ów zadziwiający finał, jakim została zwieńczona ta twórczość.
Losy samego utworu obfitują w sytuacje paradoksalne. Już zimą roku 1818 powstają pierwsze szkice mszy, która miała uświetnić ingres austriackiego arcyksięcia Rudolfa, na arcybiskupa Ołomuńca. Był Beethovena uczniem ale i mecenasem. Chodziło więc o wspaniałomyślny gest rewanżu. Lecz intronizacja arcyksięcia musiała obejść się bez udziału tej muzyki. Beethoven nigdy nie liczył się zbytnio z konwencjami i realiami, tym bardziej teraz, w latach gdy poczuł się wyzwolony od tu i teraz. Utwór rozrastał się i potężniał. Został ukończony w trzy lata po terminie. Prawykonanie odbyło się wiosną roku 1824 w... Petersburgu. Wiedeń się na nie nie zdobył.
Powstało dzieło nie mieszczące się w ramach liturgii, choćby najbardziej solennej. Stało się ponad zwykłą miarę osobiste. Osip Mandelsztam znalazł w niej esencję „katolickiej radości Beethovena”. Zdaniem Witolda Hulewicza Msza solenna jest „modlitwą, jakiej nie znano i jaką przedtem nie modlił się nikt”.
KYRIE, starogrecki hymn błagalny rozpoczynający spotkanie z Bogiem. Beethoven otwiera je brzmieniem pełnej orkiestry, ale naczelną kategorię ekspresji stanowi tu kontemplacja. Nad pierwszym taktem umieścił słowa: „w skupieniu”. Wołania i błagania chóru znajdują dopowiedzenie w lirycznych zaśpiewach solistów. Jak niegdyś u Bacha: chór będzie wyrażał uczucia wspólne, głosy solistów – emocje indywidualne.
GLORIA, czyli eksplozja brzmień wyrażających radość i uniesienie, chwałę i uwielbienie. Wspaniałe kontrastowanie brzmień świetlistych i przyciemnionych. W jednych – „chwała na wysokości” oddana Bogu, w tych drugich – „pokój na ziemi” przysługujący ludziom dobrej woli. Wraz z powracającym refrenicznie „miserere nobis” odzywają się akcenty dramatyczne i przejmujące.
CREDO jawi się jak seria obrazów i wizji. Ich siła i gwałtowność pozwala przypuszczać, iż Beethoven „wpisał” w nie również siebie. Najpierw – Credo in unum Deum; trudno sobie wyobrazić, bo mogło zostać wypowiedziane z większą mocą. A potem – skupiona i ściszona muzyka towarzysząca momentowi Narodzenia. Crucifixus wybucha okrzykiem bólu, wyrażonym przez brutalne dysonanse, tryb minorowy zrywane rytmy i na koniec – intonacje żałobne. Moment Zmartwychwstania jawi się w postaci małego fugata ruszającego z miejsca z mocą kruszącą skały, by na koniec ulecieć w górę. Dwie wielkie fugi zamykają Credo wizją „życia wiecznego w przyszłym świecie”.
SANCTUS. Poprzez muzykę skupioną i uduchowioną odsłania to, co tajemnicze i święte. Soliści wchodzą w grę nieśmiało, jakby w numinotycznym zafascynowaniu. Chór podejmuje kolejne fugata, z wołaniem „osanna in exelsis” wznoszące się w sfery wysokie i świetliste. Benedictus, nastrojone na ton mistyczny, przechodzi w ekstazę.
AGNUS DEI zaskakuje, wymyka się konwencjom. Zostało udramatycznione ponad miarę zwyczajnych oczekiwań. Zdaje się nosić ślady niedawnych czasów niepokoju, gdy o Wiedeń zahaczyła epopeja napoleońska. Bo jakże inaczej wytłumaczyć można to nagłe wtargnięcie – w sferę skupienia i pokoju – muzyki ostrej, budzącej postrach? Jak usprawiedliwić nagłą obecność intonacji wojennych niesionych przez kotły i trąbki? Jak zrozumieć słowo miserere wypowiadane z przerażeniem?
Można się zgodzić z jednym z interpretatorów Missae solemnis (W. Oehlmannem), gdy pisze: „Beethoven nie zamyka Mszy wyzwalającą apoteozą niebiańskiego pokoju. Pozostawia słuchacza w atmosferze ziemskiej, w świecie skazanym na stały wybór między pokojem a wojną”.

Mieczysław Tomaszewski

Wyszukaj

Ostatnie aktualności