Le Sage - 30 marca, 17.00
Trzy przebojowe cykle Roberta Schumanna znalazły się w programie drugiego recitalu francuskiego pianisty Erica Le Sage’a: Papillons op. 2, Kreisleriana op. 16 oraz Karnawał op. 9. Dopełniały je Phantasiestücke op. 111 ledwie o krok odstające w stawce popularności. Każdy z tych świetnych zbiorów inny, choć wspólnie przemawiają romantycznym „metajęzykiem”: rozwichrzonym, kapryśnym, niedopowiedzianym, a chwilami tajemniczym, z głębokimi konotacjami literackimi. Schumann – herold najczystszego, niemieckiego romantyzmu doskonale rozumiał i wcielał w czyn ideę sztuki przekraczającej gatunkowe bariery, sztuki dążącej do zjednoczenia poszczególnych dziedzin. Nawet, gdy nie decydował się na ujawnianie źródeł inspiracji w sposób bezpośredni, dociekliwi badacze dawno już potrafili wszystkie zakamuflowane szarady rozwiązać, a źródła inspiracji zidentyfikować i skrupulatnie opisać. Przypadek niechęci do wskazania literackiego wzorca stanowią Motyle op. 2 – zbiór miniatur, który wyrósł z fascynacji kompozytora powieścią Flegeljahre Jean Paula. Tytuł opus 16 – jednego z najlepszych dzieł w dorobku twórcy Symfonii „Reńskiej”, naprowadza na trop twórczości literackiej E.T.A. Hoffmanna, chociaż szczegółów „techniczne” oznaczenia tempa poszczególnych miniatur już nie sugerują. Programowo najbardziej bezpośredni jest oczywiście w tej stawce Karnawał op. 9, najmniej trzy Utwory fantastyczne op. 111. Warto o tych zależnościach pamiętać, bo tak zakomponowany program recitalu Le Sage’a składał się na wielowymiarowe spektrum odniesień i interpretacji - także i tym razem pianista zawiesił sobie poprzeczkę wymagań niezwykle wysoko.
Nie chciał tracić czasu: zdecydowanym krokiem wchodził na estradę, zdawkowo, acz elegancko się kłaniał, błyskawicznie zasiadał przy fortepianie i bez chwili zastanowienia rozpoczynał grać – jakby każdy ułamek sekundy decydował o osiągnięciu zakładanego nastroju. Powodowała Le Sagem chęć jak najszybszego „wyrzucenia z siebie” wizji muzycznych, jak najszybszego podzielenia się z publicznością swoim rozumieniem schumannowskich dzieł? Trudne pytanie – Eric Le Sage jest bowiem artystą dość ekscentrycznym: jego internetowa strona z aktualnością jest dość na bakier, koncertuje raczej rzadko, chyba nie dba o poklask oraz popularność i podobno mile zaskoczyła go frekwencja na festiwalowych recitalach. Może to po prostu Wielki Introwertyk najlepiej czujący się podczas długich, muzycznych konwersacji toczonych z Robertem Schumannem za sprawą grywanych dzieł tego ostatniego?
W interpretacjach Erica Le Sage’a każdy z owych czterech fortepianowych cykli pomyślany był nieco inaczej – wszystkie jednak wykonane zostały w bardzo szybkich tempach. Chwilami nawet zbyt forsownych, ale to subiektywne wrażenie, bo nie można było odmówić pianiście ich wyraźnej koncepcji. Papillons miały być na granicy rzeczywistości i nierealności, Kreisleriana starał się owiać mgłą tajemnicy, Phantasiestücke potraktować abstrakcyjnie, Karnawał z akcentem na groteskę i absurd. W taki sposób odebrałem ich wyrazowe różnice. W szczegółach Le Sage znowu zestawiał skrajne środki, rozpoczynając opus 16 w tempie wręcz szaleńczym, aby następnie sięgnąć do bieguna skrajnie powolnego. Niestety, odbiło się to na precyzji (w tym zbiorze szwankującej), ale przede wszystkim na wykreowaniu założonego nastroju. Brakowało mi w Kreislerianach tajemniczej niepewności, jakiegoś nienazwanego strachu, który akurat tutaj powinien wyraźnie dominować. Najciekawiej zabrzmiało szóste ogniwo cyklu – były w nim chwile ożywczego oddechu, głębokiego namysłu, a nade wszystko refleksji. W wartkim tempie rozgrywał się także Karnawał op. 9, z finałowym Marszem Dawidczyków przeciwko Filistynom zagranym niemal z prędkością światła. Przybliżając tematykę Karnawału w programowym omówieniu, Marcin Trzęsiok napisał: „ów «marsz» [...] nie przypomina w ogóle marsza: nie dość, że utrzymany jest w metrum trójdzielnym, to jeszcze rozpędza się do tempa, w którym już nie tylko maszerować trudno, lecz nawet utrzymać się na ziemi!”. Eric le Sage od ziemi nas oderwał, udowadniając, że stąpają po niej tylko Filistyni. A w drugim bisie dał do zrozumienia, że na Schumannie – choć ten kompozytor jest mu najbliższy – muzyczny świat się nie kończy i wykonał ujmująco uroczo Andante cantabile z Sonaty C-dur KV 330 Wolfganga Amadeusza Mozarta!
Marcin Majchrowski (Polskie Radio)
Nie chciał tracić czasu: zdecydowanym krokiem wchodził na estradę, zdawkowo, acz elegancko się kłaniał, błyskawicznie zasiadał przy fortepianie i bez chwili zastanowienia rozpoczynał grać – jakby każdy ułamek sekundy decydował o osiągnięciu zakładanego nastroju. Powodowała Le Sagem chęć jak najszybszego „wyrzucenia z siebie” wizji muzycznych, jak najszybszego podzielenia się z publicznością swoim rozumieniem schumannowskich dzieł? Trudne pytanie – Eric Le Sage jest bowiem artystą dość ekscentrycznym: jego internetowa strona z aktualnością jest dość na bakier, koncertuje raczej rzadko, chyba nie dba o poklask oraz popularność i podobno mile zaskoczyła go frekwencja na festiwalowych recitalach. Może to po prostu Wielki Introwertyk najlepiej czujący się podczas długich, muzycznych konwersacji toczonych z Robertem Schumannem za sprawą grywanych dzieł tego ostatniego?
W interpretacjach Erica Le Sage’a każdy z owych czterech fortepianowych cykli pomyślany był nieco inaczej – wszystkie jednak wykonane zostały w bardzo szybkich tempach. Chwilami nawet zbyt forsownych, ale to subiektywne wrażenie, bo nie można było odmówić pianiście ich wyraźnej koncepcji. Papillons miały być na granicy rzeczywistości i nierealności, Kreisleriana starał się owiać mgłą tajemnicy, Phantasiestücke potraktować abstrakcyjnie, Karnawał z akcentem na groteskę i absurd. W taki sposób odebrałem ich wyrazowe różnice. W szczegółach Le Sage znowu zestawiał skrajne środki, rozpoczynając opus 16 w tempie wręcz szaleńczym, aby następnie sięgnąć do bieguna skrajnie powolnego. Niestety, odbiło się to na precyzji (w tym zbiorze szwankującej), ale przede wszystkim na wykreowaniu założonego nastroju. Brakowało mi w Kreislerianach tajemniczej niepewności, jakiegoś nienazwanego strachu, który akurat tutaj powinien wyraźnie dominować. Najciekawiej zabrzmiało szóste ogniwo cyklu – były w nim chwile ożywczego oddechu, głębokiego namysłu, a nade wszystko refleksji. W wartkim tempie rozgrywał się także Karnawał op. 9, z finałowym Marszem Dawidczyków przeciwko Filistynom zagranym niemal z prędkością światła. Przybliżając tematykę Karnawału w programowym omówieniu, Marcin Trzęsiok napisał: „ów «marsz» [...] nie przypomina w ogóle marsza: nie dość, że utrzymany jest w metrum trójdzielnym, to jeszcze rozpędza się do tempa, w którym już nie tylko maszerować trudno, lecz nawet utrzymać się na ziemi!”. Eric le Sage od ziemi nas oderwał, udowadniając, że stąpają po niej tylko Filistyni. A w drugim bisie dał do zrozumienia, że na Schumannie – choć ten kompozytor jest mu najbliższy – muzyczny świat się nie kończy i wykonał ujmująco uroczo Andante cantabile z Sonaty C-dur KV 330 Wolfganga Amadeusza Mozarta!
Marcin Majchrowski (Polskie Radio)