Mozart Wolfgang Amadeus - Msza c-moll KV 427

Wolfgang Amadeus Mozart
Msza c-moll KV 427

U genezy powstania Mszy c-moll leży ślubowanie, jakie Mozart złożył swej narzeczonej Konstancji (1783). Przyrzekł, że jeśli zdoła ją poślubić, to po powrocie do rodzinnego Salzburga skomponuje wielki cykl mszalny.
Ostatecznie marzenie Mozarta spełniło się, natomiast gorszy los spotkał daną obietnicę. Wprawdzie kompozytor napisał około godziny muzyki, jednak jego pierwotne projekty związane z tym dziełem były tak ambitne (niemal każda z części miała się dzielić na szereg odrębnych „numerów”), że swojego zadania nie sfinalizował. Mozart pozostawił po sobie jedno ogniwo Kyrie, ośmioodcinkowe Gloria, dwa fragmenty Credo oraz Sanctus i Benedictus. Jakie były powody zarzucenia komponowania tak zaawansowanego dzieła – tego dziś definitywnie dociec nie sposób. Może na przerwaniu pracy (i w konsekwencji jej całkowitym zarzuceniu) zaważyły inne, pilniejsze plany kompozytorskie, a może kwestie natury wyznaniowej…
Pozostawione przez kompozytora fragmenty są najwyższej próby, mimo że Mozartowi nie udaje się dosięgnąć ideału czystości stylistycznej. Msza c-moll jest bowiem dziełem nieustannie oscylującym pomiędzy modelem… teatru operowego, a wzorcami muzyki sakralnej, obciążonymi retoryczną tradycją barokową. Do tych pierwszych zalicza się np. „Laudamus te” czy „Et incarnatus”, które są faktycznie wirtuozowskimi ariami, jakich nie powstydziłyby się bohaterki Mozartowskich oper. Najprawdziwsze perły muzyki religijnej stanowią fragmenty z drugiego „bieguna”. W kompozycji uwagę przykuwa relatywnie duży udział czynnika polifonicznego (wspaniałe fugi z Kyrie czy „Cum Sancto Spiritu”), chociaż chyba za szczytowe osiągnięcie Mozarta w Mszy c-moll uznać trzeba chóralny odcinek „Qui tollis peccata mundi”. Ta gęsto schromatyzowana passacaglia, wzniesiona na schemacie opadającego basu i obfitująca w retoryczno-muzyczne figury cierpienia idealnie przylega do tekstu niosącego wątek grzechów świata.
Mimo że Msza c-moll Mozarta faktycznie w niczym nie ustępuje także niedokończonemu Requiem tego twórcy, zapewne fakt, że nie wiąże się z nią romantyczna legenda dzieła pisanego w przeczuciu nadciągającej śmierci, do niedawna, jeśli nie liczyć jednej chybionej próby z początku XX wieku, funkcjonowała w życiu koncertowym jako twór niekompletny (podczas gdy znamy już dziś co najmniej trzy wersje zakończenia Requiem). Trudu dokończenia Mszy c-moll podjął się jednak ostatnio Robert D. Levin, wybitny pianista i muzykolog w jednej osobie, czyniąc to na zamówienie Carnegie Hall i w porozumieniu z dyrygentem Helmuthem Rillingiem. Levin skrupulatnie uzupełnił kilka brakujących ogniw. Tam gdzie było to możliwe wykorzystał istniejące kompozytorskie szkice i domniemane pierwowzory (np. fragmenty pochodzącej z 1785 roku kantaty Davidde penitente, w której Mozart rozwinął pewne pomysły zarysowane w Mszy c-moll), a tam gdzie nie istniały żadne wskazówki – jak w przypadku Agnus Dei – po prostu całkowicie zaufał inwencji własnej i stylistycznej intuicji. Czy bardzo pozytywnie przyjęty przez krytykę amerykańską efekt pracy Levina przyjmie się w przyszłym życiu koncertowym czy też nie – o tym zadecyduje niedaleka przyszłość, w tym również wykonanie skompletowanej wersji Mszy c-moll na tegorocznym Festiwalu Beethovenowskim w Warszawie.
 

Marcin Gmys
 

Wyszukaj

 
Wielokulturowosc