Podsumowanie

Muzyka21 nr 12 (53) – Grudzień 2004
www.muzyka21.com

Pianiści podbili Warszawę!

Do kolejnego Konkursu Chopinowskiego zostało jeszcze kilka miesięcy, a przez dwa dni można było choć przez chwilę poczuć przedsmak konkursowych zmagań. A to wszystko za sprawą II Festiwalu Pianistycznego organizowanego przez Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena, który odbywał się w Warszawie w dniach 13-14 listopada 2004 roku. Już na początku z pełnym przekonaniem stwierdzam, że było to prawdziwe święto muzyki fortepianowej i młodych artystów, zarówno polskich, jak i zagranicznych.

W Festiwalu uczestniczyło sześciu solistów i jeden duet fortepianowy – braci Paratore. Każdy z artystów prezentował inną osobowość, inny poziom i właśnie to było najciekawsze. W większości byli to artyści dopiero rozpoczynający karierę estradową, ale każdy z nich mógł się poszczycić wygraną na czołowych konkursach pianistycznych na świecie. Na tle wszystkich artystów najbardziej wybiły się dwie postacie – Rumunka Mihaela Ursuelasa i Niemiec Martin Helmchen.

Ursuelasa jest artystką doskonale znaną polskiej publiczności. Zabłysnęła na XIV Konkursie Chopinowskim w 2000 r., audytorium dosłownie oszalało na jej punkcie. Po 4 latach, jakie minęły od tamtego czasu, ponownie mogliśmy jej słuchać w Filharmonii Narodowej. Swoim występem bezsprzecznie potwierdziła swoją wielkość i profesjonalizm. Tym bardziej, że wybrała program utrzymany w kręgu Schumanna – jego Davidsbündlertänze op. 6, Clary Schumann Soiréesmusicales op. 6 oraz 3 Intermezza op. 117 i 7 fantazji op. 116. Nie był to wybór przypadkowy, gdyż artystka niezwykle ceni twórczość niemieckiego kompozytora. Spodobało mi się, że nie był to koncert nastawiony na wirtuozerię i popisowość. Jest przecież niezwykle trudno zagrać cały recital ułożony z kompozycji utrzymanych w jednym kręgu w sposób ciekawy. Każdy utwór miał swój charakter i sens, był osobnym dziełem, a jednak zamkniętym w cykl. Całość poprowadzona była w bardzo przemyślany sposób i logicznie. Ursuealsa zachwycała pięknym dźwiękiem, cudownie prowadzoną melodią, ogromną kantyleną, rozmachem i pięknymi pianami. Wszystko mieniło się tysiącami barw i odcieni, dzięki czemu publiczność nie mogła poczuć znużenia. Rumuńska pianistka po raz kolejny pokazała, że jest osobą pełną wrażliwości i temperamentu, że ma swój pomysł na muzykę i potrafi go realizować. Szczególnie zachwycił mnie jednak zagrany na bis Nokturn cis-moll op. posth. Chopina. To była prawdziwa perełka, tak emocjonalnego wykonania tego utworu nie słyszałam nigdy.
W niczym nie ustępował jej Martin Helmchen, laureat prestiżowego Konkursu Clary Haskil w Szwajcarii z 2001 roku. Jego program prezentował się o wiele barwniej – znalazły się w nim 3 Chorały organowe Bacha/Regera, Sonata es-moll „z Ulicy 1 X 1905” Janaczka, fragment z Vingt regards sur l’Enfant-Jesus Messiaena oraz Sonata c-moll D 958 Franza Schuberta. Początkowo myślałam, że jest to pianista nieśmiały, podchodzący do publiczności z wielką rezerwą, ale to były tylko pozory. Jego Messiaen, mimo że zagrany z nut, powalił publiczność na kolana. Mnie osobiście zachwycił utwór czeskiego kompozytora – Sonata es-moll wywarła na mnie silne wrażenie. To kompozycja niezwykle emocjonalna. Helmchen doskonale poprowadził całą dramaturgię utworu, którego części noszą podtytuły Przeczucie i Śmierć, a cała publiczność zastygła w ciszy i zamyśleniu na kilka chwil po zakończeniu utworu, efekt był oszałamiający. Piękne były też chorały Bacha – wyważone, z klarowną polifonią. Ten młody, bo zaledwie 22-letni artysta pokazał publiczności zgromadzonej na Zamku Królewskim całą gamę swoich możliwości i jestem przekonana, że czeka go wielka przyszłość.
Dobre, ale może nie tak oszałamiające wrażenie pozostawił po sobie Francuz Victor Emanuel von Monteton. Na marginesie dodam, że nigdy jeszcze nie widziałam artysty kłaniającego się z taką gracją i wdziękiem. Jego koncert był przykładem solidnej, świetnie przemyślanej i wypracowanej pianistyki. Wybornie zabrzmiały dwie Sonaty Scarlattiego (C-dur i E-dur), to była muzyka czysta, wyraźna i klarowna, okraszona romantycznymi akcentami we frazowaniu. Wielkim plusem tego pianisty są rewelacyjnie rozplanowane plany dźwiękowe, dobre poczucie czasu i doskonała pedalizacja, której mankamenty zawsze wychodzą na wierzch w akustyce Sali Wielkiej Zamku Królewskiego. Szczególnie dobrze pokazał to w Sonacie „Księżycowej” Beethovena. Nie wstrząsnęły mną Preludia Rachmaninowa, nieco za ciężkie i toporne, jak również Sonata a-moll, która w pewnym momencie zaczęła mnie po prostu nudzić. Ale i tak wrażenie po koncercie pozostało niezwykle pozytywne, a takie ukłony zapamiętam chyba na długo.

Przy takiej konkurencji niezbyt dobrze wypadli – niestety – pianiści polscy. Marlena Maciejkowicz od dzieciństwa mieszka poza krajem i nie uczyłą się w kraju. Szkoda, że młoda artystka postawiła na popisowość, a nie na solidność i wrażliwość, przez co wiele straciła zarówno ona sama, jak i Prokofiewa VI Sonata A-dur op. 82 czy Debussego – cykl Images. Rafał Blechacz, student prof. Katarzyny Popowej-Zyroń w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy zagrał duży recital, bo był tam Chopin i Liszt, Debussy i Szymanowski. Słychać było, niestety, jak daleko mu w profesjonalizmie i dojrzałości do innych uczestników Festiwalu. W Balladzie As-dur wkradło się trochę nieczystości i wpadek dźwiękowych, Nokturn Es-dur wypadł bezbarwnie i bez pomysłu, a cykl Estampes Debussego mało malowniczo i ulotnie. Najbardziej podobały mi się Wariacje b-moll op. 3 Szymanowskiego. Utwór grywany niezwykle rzadko, a szkoda, bo ma w sobie wiele wdzięku. Blechacz zagrał je z pomysłem, zwarcie i konkretnie. Artysta przygotowuje się do najbliższego Konkursu Chopinowskiego, ma więc jeszcze trochę czasu. Wierzę, że wykorzysta go jak najlepiej i nauczy się radzić sobie z tremą, która zapewne była przyczyną jego przeciętnego występu.

Ze zdenerwowaniem nie poradziła sobie także Cristina Marton, promowana przez samą Martę Argerich i laureatka jej konkursu. O ile Sonatę e-moll Haydna zagrała niezwykle czytelnie, logicznie i emocjonalnie, tak Kreisleriana op.16 Schumanna, 4 Impromptus op. 90 Schuberta i Walc „Mefisto” A-dur Liszta raziły bezbarwnością i nudą. Oczywiście, w każdym utworze znalazły się i piękne momenty, tylko dlaczego było ich tak mało? Jestem pewna, że Marton jest pianistką bardzo dobrą, mam nadzieję, że jeszcze tu powróci i udowodni polskiej publiczności swą wielkość. Póki co, nie przekonała mnie.
Na koniec chcę tylko wspomnieć o koncercie wyjątkowym. A wyjątkowym dlatego, że większą część audytorium stanowiły dzieci i to w bardzo dużym przedziale wiekowym – bracia Paratore wraz z rewelacyjnym Krzysztofem Kolbergerem wykonali transkrypcję dziecięcej baśni symfonicznej Piotruś i wilk op. 67 Sergiusza Prokofiewa. Jakie to wspaniałe widzieć, że w czasach gier komputerowych i zalewie mało ambitnych rozrywek dzieci tak emocjonalnie reagują na muzykę. Nie obeszło się bez tańców, machania rączkami i „grania w powietrzu”. Szkoda, że dojrzewając zatracamy w sobie tę spontaniczność. Bracia Paratore to świetny duet i z ogromną werwą wykonali Scaramouche op.165b Milhaud, Tańce węgierskie Brahmsa i Wariacje na temat Paganiniego Lutosławskiego. Bawiłam się na tym koncercie wyśmienicie, a w Filharmonii na te kilkadziesiąt minut zagościł śmiech dzieci i entuzjastyczna radość ze słuchanej muzyki.

To były tylko dwa dni, a przyniosły tyle wrażeń, pokazały tyle fascynujących osobowości i co najważniejsze tyle różnorodnej muzyki, za co organizatorom Festiwalu należą się ogromne gratulacje. To był sprawdzian dla młodych artystów w jakim momencie swojej drogi artystycznej się znajdują. Nie wszyscy umieli to wykorzystać, ale młodość, na szczęście ma to do siebie, że jej się wiele wybacza…

Magdalena Todynek

Wyszukaj

Festiwal Krzysztofa Pendereckiego
Galeria plakatów