Wszystkie symfonie Beethovena - 1 kwietnia, godz. 19.30
Istnieje środowiskowy dowcip, dla postronnych raczej niezrozumiały: „ile symfonii napisał Beethoven? Cztery – Trzecią, Piątą, Siódmą i Dziewiątą”. Potoczne opinie, wtórujące owemu żartowi z długą brodą, niezmiennie podkreślają wartość symfonii „nieparzystych”. Miałby z nich znacznie wyraźniej i z nieporównanie większą mocą emanować duch rewolucyjności i nowatorstwa. Oczywiście nic bardziej błędnego, bo każda symfonia Beethovena ma swoje niezaprzeczalne atuty. Trzeba tylko umieć je odczytać, zrozumieć i przekazać. Zwykły truizm, ale czekając na trzeci koncert Deutsche Kammerphilharmonie Bremen i Paavo Järviego, można było zadawać sobie pytanie – które z zaprogramowanych dzieł okaże się lepsze? Które uzyska ciekawszy, wykonawczy kształt? Jak zostaną rozłożone interpretacyjne akcenty? A więc która: Szósta czy Siódma?
Wnioski z poprzednich koncertów podpowiadały, że można spodziewać się świetnej precyzji, że odczytanie kompozytorskiego zapisu będzie możliwie dokładne, że zespół dołoży wszystkich sił, by zrealizować to, co Paavo Järvi podyktuje i uczyni to z radością. Rzeczywiście, tak się stało, Deutsche Kammerphilharmonie Bremen jest bowiem orkiestrą wirtuozowską, na której można polegać. Paradoksalnie jednak niezaprzeczalne atuty wykonawcze zabłysnęły w potencjalnie mniej nośnej Symfonii „Pastoralnej”, usuwając nieco w cień Siódmą.
VI Symfonia F-dur op. 68 – jedyna programowa u Beethovena, nie „pochyla się” nad niesprecyzowaną dosłownie kondycją ludzkiego ducha, jedyna nie zadająca egzystencjalnych pytań. Czy przez to łatwiejsza w interpretacji? Bynajmniej. Rozpięta między „pogodnymi uczuciami po przyjeździe na wieś” a „pieśnią pasterską”, przynosi przecież w kulminacji efektowny obraz burzy, poprzedzony wizją ludycznej zabawy. Järvi był w swoim żywiole. Pierwszą część odmalował barwami pastelowymi i nadzwyczaj dyskretnymi, w drugiej (Scena nad strumykiem) spowodował, że bremeńska orkiestra stała się kwintesencją potoczystości i naturalnej płynności. Nie zapomniał też o ptasich trelach w kodzie. W trzeciej (Wesoła zabawa wieśniaków) rozkołysał taneczne pląsy, z niezbędnymi przytupami i burdonowymi akcentami, by w czwartej oddać zdecydowanymi gestami zacinające strugi, błyskawice i grzmoty. Kulminacja wypadła bardzo malowniczo i… jak znienacka się pojawiła, tak szybko odeszła w niepamięć. Finał jawił się już tylko pogodnie i radośnie, wręcz słodko. Jednym słowem - „Pastoralna” okazała się wzorcem proporcji i wyważenia nastrojów – niczego nie było w tym wykonaniu w nadmiarze.
Powszechnie jednak wiadomo (patrz „środowiskowy dowcip”), że donioślejsza jest VII Symfonia A-dur – wg Macieja Negreya – „najbardziej żywiołowa z symfonii Beethovena, lecz zarazem formalnie ścisła i zwarta”. Nie brakuje w niej energii, charakterystycznego patosu i nuty tragizmu (szczególnie w Allegretto). Łatwo jednak dać się tu ponieść emocjom – ta muzyka aż się prosi, by „pójść na żywioł”, grać szybko i coraz szybciej, we wszechogarniającym pędzie i wirze nie oglądać się za siebie. Skory do dyktowania szybkich temp Paavo Järvi uległ chyba za bardzo jakiemuś diabelskiemu podszeptowi. Karkołomne tempo finału (oznaczone przez Beethovena Allegro con brio) w zakończeniu dostąpiło niewyobrażalnej wręcz akceleracji. Zakończenie wypadło bardzo widowiskowo, wręcz teatralnie, ale straciła na tym niestety precyzja wykonawcza. Ot, mikroskopijna dawka dziegciu w beczce symfonicznego miodu. Ostatni gest dyrygenta skierowany został w stronę… rozpalonej do czerwoności muzycznymi emocjami publiczności. Aplauz był wyjątkowy i – naturalnie w dużej mierze – zasłużony.
A więc która: Szósta czy Siódma? Nie mam wątpliwości, że „Pastoralna” – o dowcipach z brodą, do tego hermetycznie środowiskowych – zapomnijmy.
Marcin Majchrowski (Polskie Radio)
Wyszukaj

Ostatnie aktualności